To jeszcze podpowiem: płaty ciasta po rozwałkowaniu warto zostawić na jakiś czas żeby podeschły - nie będą się sklejać. Gotować trzeba w dużej ilości wody - przy wrzucaniu makaronu nie może przestać się gotować na zbyt długo, bo makaron się sklei albo w ogóle zrobi się breja. No i mieszać, zwł. na początku - te wszelkie zalecenia są w przypadku samoróbnego makaronu o wiele ważniejsze niż gdy gotujemy kupny.
Kiedyś też przyparta przez sytuację zrobiłam domowy makaron - na 1 i 1/4 mąki pszennej (biała z drobno mieloną razową) dałam nie więcej niż 1/4 szkl. zimnej wody. Makaron wyszedł b.delikatny - właśnie jak ciasto pierogowe. Dla mnie za miękki :( Kluchy to jednak kluchy, powinny dawać zębom przyjemny opór przy gryzieniu. Później jeszcze próbowaliśmy robić z dodatkiem semoliny - ten już był w porzo :)
Nigdy nie próbowałam, ale kiedyś byłam na wykładzie o amarantusie i ktoś z SGGW opowiadał o ich eksperymentach. Podobno dodatek do 10% mąki z amarantusa działa jak naturalny ulepszacz. Jeśli będziesz próbował, koniecznie napisz jak wyszło :)
Nie mam pojęcia - ja dopiero będę eksperymentować z tym sposobem. Mam zamiar wziąć tyle koko-mleka ile objętościowo zajmuje 200g margaryny. Jeśli ciasto nie będzie miało konsystencji niebyt gęstego błocka, to dodam trochę więcej. Jeśli będziesz robić pierwszy(a), to daj znać ile czego i jak wyszło :)
Ha, to w sumie lepiej - nie oddałabym apetycznego zapachu za syczenie ;) A zalewałeś ciasto świeżo wyjęte z piekarnika? Przecież płyn po zetknięciu z tak rozgrzaną powierzchnią musi zacząć gwałtownie parować :) Może to jeszcze kwestia tego, że ja to robiłam powoli, łyżką, żeby na pewno było równomiernie. Dopiero pod koniec chlupnęłam po całości pewnym ruchem :)
Oj tam, co za to grozi... kto sie będzie o zdjęcie sądzil, pls ;) Ale zwykła przyzwoitość by wymagała nie podbierać cudzego. Ale póki co: mogę linka do oryginału? Jakos nie moge namierzyć. Kruszonka to raczej nie autorka wskazanego bloga, wiec zdjecia usunę. Rzecz jasna.
Lousi, nie tak. Po pierwsze "wietrząc" piekarnik, kiedy jest ustawiony na grzanie, marnujesz energię/gaz. Piekarnik grzeje, a ciepło ciągle ucieka... Jesli się boisz to ustaw go na 30-35 st., ale drzwi zamknij.
A co ważniejsze po pół godzinie odstaw ciasto na bok, ale nie czekaj aż piekarnik ostygnie, tylko nastaw go na 250 st. Jak już się nagrzeje do tej temp. (albo będzie już blisko), to wstaw ciasto znowu do piekarnika. I czekaj, raczej nie otwieraj drzwiczek w międzyczasie.
Co do form - z tego co pamiętam mogą być napełnione do 3/4, ale nie bardziej. Ja robię zawsze w dwóch keksówkach 30cm i jest akurat.
No, fajnie by było, gdyby ilości były podane nieco dokładniej, przede wszystkim dla kaszy i wody. Póki co proponuję wspomagać się tym przepisem: http://puszka.pl/przepis/423-krupnik.html
Jakiej przyprawy używasz? Jakiej firmy? W tym przepisie akurat nie ma to b.dużego znaczenia, ale lepiej podawać takie informacje - osoby nie używające takich wynalazków będą wiedziały w co celować robiąc własną mieszankę, a co ważniejsze, za parę lat, kiedy oferta w sklepach się zmieni, nadal będzie wiadomo w co celować :)
Tak myślę, bo chleb nie przebywał w wystarczająco wysokiej temp. wystarczająco długo. Ja, po tym jak podrósł w 40', wyjęłabym go, nagrzała piekarnik i dopiero wstawiła chleb do gorącego.
Z trzymaniem go cały czas w piekarniku może też by wyszło, ale trudno powiedzieć ile dłużej należałoby go wtedy piec....
Wyrośnięty chleb wstawiłaś do już nagrzanego piekarnika czy na 250' ustawiłaś dopiero wkładając formy? Bo wiesz, piekarnik nagrzewa się 10-15 min... A drożdżowe wypieki powinno się wkładać do już nagrzanego! Obstawiam że to był powód, bo na pewno nie to że dałaś połowę razowej mąki - zawsze dawałam takie proporcje jak ty i wychodził bez problemu :)
Spróbować zawsze warto! :) Ja bym na początek zmiksowała tylko trochę, na próbę. Ale myślę, że będzie dobre - może trochę dojrzałego banana dla aksamitości jeszcze.
A propos źródłowego przepisu: ja sałatkę "indyjską" znam w innej, nie-keczupowej wersji - http://puszka.pl/przepis/337-salatka_indyjska_ryzowa_z_fasolka_pomarancza_i_papryka_.html Żeby tam chociaż curry było, to bym bardziej rozumiała nazwę ;)
Kikkoman a nie Kikkonen :) Faktycznie, jeśli nie najlepszy to jeden z najlepszych :) Ja kupuję albo Kikkoman albo shoyu (japoński sos sojowy w przeciwieństwie do chińskich nie zawierający cukru!) - ostatnio na evergreen.pl.
Nie. Sama jej nie używam, ale ze względu na pojawiające się tu różne wątpliwości sprawdziłam skład - jest ok. Choć oczywiście utwardzane tłuszcze szczytem zdrowia nie są... ale skład jest wegański.
Wreszcie dodałam dokładniejsze proporcje - mam nadzieję że się przydadzą :) Aż dziwne, ale pisząc wcześniejszy komentarz z głowy naprawdę dobrze trafiłam :)
Hm, może 2 łyżki? ;) 6 to może być za dużo - najlepiej próbować czy nie za słone, a po drugie czy potrawa ma ładny kolor. W końcu sos sojowy jest brązowy i przyciemnia całość.
Powiem tak: kalafior jest chrupki, absolutnie nie miękki ani ciapowaty - i to mnie zaskoczyło bardzo na plus. Ale całość jest zdecydowanie za słona i trochę zbyt wyraźnie czuć kwasek :/ Jeśli będę wracać do tego pomysłu to poszukam innej zalewy. Ogólnie jednak eksperyment uważam za ciekawy - pierwszy raz spotkałam się z przetworami z kalafiora :)