Pierwsze słyszę! Tarnina, jarzębina, jałowiec - owszem. Ale dzika róża, głóg, czarny bez - nigdy!
Przynajmniej zgodnie z moją wiedzą.
Nie wiem, czy Gumowska ("Słońce w słoikach", str. 145, mniej więcej na środku strony) z 1988 roku jest wystarczająco stara i poważana, by zyskać miano wiarygodnego źródła, ale mimo to zacytuję:
"Nie tylko trzeba uważać, aby nie zbierać kwiatów czy owoców dzikiego bzu z miejsc skażonych, ale trzeba zbierać owoce tylko wtedy, gdy są już zupełnie dojrzałe. Niedojrzałe zawierają kwas pruski i są trujące. Gdy dojrzeją, po tym toksycznym związku nie ma śladu i nawet dzieci mogą takie dojrzałe jagódki jadać."
Zawsze jej wierzyłam i jakoś się nie zatrułam ;)
I przynajmniej u mnie w porze przymrozków naprawdę nie ma co zbierać z bzu. Z jarzębiny zresztą też, więc ląduje w zamrażarce. Słyszałam, że jarzębinę można też sparzyć wrzątkiem i to również niweluje jej trujące związki, ale jeszcze nie próbowałam tej metody.
Z czarnym bzem absolutnie nie trzeba czekać do przymrozków. Zresztą, w przymrozkowej porze często są już jedynie jego resztki. Nie poleca się jedynie dużych ilości bzu na surowo.
U mnie na podwórku właśnie dojrzewają pierwsze baldaszki. Muszę wypróbować ten przepis ;)
Ja robię bez pestek i skórek, bo dłużej trzyma :) Ale na krótkie spożycie taki z pestkami może być, o ile one nikomu nie przeszkadzają ;)
W każdym razie mama zawsze mnie ostrzegała, że z pestkami krócej się da przechować.
Od znajomych z działki, od kogoś z wiejskiego ogródka... byle niepryskane ;) Tych miejskich raczej nie polecam, a zestawy do kiszenia widziane przeze mnie w sklepach i na rynku zawierają jedynie chrzan (na oko marnej jakości), koper, czosnek i są pozawijane w liście chrzanu, i spięte gumką. Wszędzie takie widzę.
Możesz iść na najbliższy rynek, targ czy coś w tym stylu, zobaczyć, kto ma takie zestawy albo owoce, ale niedużo, bo wtedy najpewniej własne, a nie dostarczane skądś i zapytać o możliwość zamówienia takich liści ;)
Zgadzam się z ostatnią opinią, dlatego też z mieszanymi uczuciami dodawałam przepis na moje oszukane jaja na słodko... z jednej strony mięsożercy dali się nabrać i pytali mnie, jak to zrobiłam, że zapiekłam jajka w foremkach od babeczek i jeszcze żółtko jest równo na środku, ale z drugiej... jakoś nie czuję ogromnej potrzeby imitowania mięsnych potraw, bo przecież istnieje wiele przepysznych wegańskich! :D
Aha, jeszcze napiszę, że najpierw prażyłam lekko zmielone orzechy i słonecznik, a następnie dodawałam resztę, bo lubię aromat prażonych orzechów. Na samym końcu dodawałam wodę dla regulacji płynności.
Dobre, dobre! Robiłam już parę razy, za każdym bez ziemnych, bo nie kupuję, zamiast nich dałam słonecznik. Ostrej papryki nie dawałam do całości, bo tata nie lubi. Połączenie kurkumy i cynamonu uważam za szczególnie udane, sama całość jeszcze odrobinkę dosoliłam, a cukru żadnego już nie dawałam, nerkowce są wystarczająco słodkie same w sobie.
Podawałam do warzyw z ziemniakami (a potem z kaszą) jako sos.
Robiłam kiedyś budyń z nerkowców i zauważyłam, że po podgrzaniu ładnie gęstnieją ;)
Prawda, poza tym można się wybrać na tereny może niekoniecznie podmiejskie, a bardziej wiejskie i samodzielnie uzbierać, ale to już z dzikich kwiatów (i wtedy lepiej się znać, co by takiej choćby naparstnicy sobie nie narwać ;)), jak np.: bodziszek łąkowy, koniczyna czerwona, cykoria podróżnik, mak czerwony, ślaz, wiesiołek, dzika róża, róża pomarszczona (rosa rugosa), rumianek, dziewanna wielkokwiatowa, czarny bez, stokrotki... i z pewnością wiele innych, których akurat nie potrafię tak od razu z pamięci przywołać ;)
Orzechova, a były niepryskane? Z tego, co wiem, przetwory takie, jak ogórki i kapusta kiszona, buraki kiszone na barszcz, octy wszelakie i inne wymagające fermentacji udają się z niepryskanych owoców i warzyw. Z pryskanych przeważnie po prostu gniją i pleśnieją. Te niepryskane też mogą się zepsuć, jak nie przestrzega się zasad higieny przy przetwarzaniu, ale o to Cię nie posądzam ;)
Bób generalnie ma swój charakterystyczny zapach... jak kalafior czy kapusta... więc nie wiem, czy to to. Jednym śmierdzi, inni prawie nie czują ;) Jeśli kupiłaś jasnozielony lub biały, bez plam i bez śluzu (jak był ciemniejszy, to mógł być dobry, ale po prostu utleniony), to powinien być świeży, a przynajmniej niezepsuty.
Dałam, dałam. Jako, że skład Bezglutena średnio mi się podobał, a skrobi kukurydzianej specjalnie nie lubię, dałam ziemniaczanej. 5 minut po wstawieniu do piekarnika oklapły. A naprawdę długo ubijałam... jak znowu mnie najdzie na takie coś, dodam chyba szczyptę soli i wsadzę na wyższą temperaturę. Odparowany był tak, że łyżka stała, wyszło mi tego nawet mniej, niż szklanka, bo się trochę zgapiłam, więc za rzadkie być nie powinno...
Nie wiem, co zrobiłam źle... stosowałam się do przepisu, a wyszły mi cienkie opłatki :(
Ubijałam jakieś 20 minut, nadal nie było sztywne, mimo to małą łyżeczką nałożyłam na papier do pieczenia i wstawiłam do piekarnika.
Może to dlatego, że nie był nagrzany. Może powinnam ubijać jak białka, do sztywności. Bo to przecież raczej nie dlatego, że siemię było brązowe, a nie złote..!
Oho, ja też zrobiłam ją dziś na obiad!
Bakłażana podsmażyłam naprawdę porządnie i jego smak u mnie wcale się nie zgubił.
Podałam z razowym żytnim makaronem.
Ooo, brzmi zachęcająco... jak myślicie, da się zamiast zielonych szparagów użyć białych, czy lepiej kombinować z jakimś innym zastępnikiem (albo dać samą botwinkę, tylko więcej)?
Nie wiem, czy tak ma być, ale mój twarożek z nerkowców miał bardzo wyraźną nutę słodyczy... może ta odrobina soli z wody od ogórków tylko uwypukliła zwykłą słodycz nerkowców... no nie wiem. Ale i tak był z ogórkiem kiszonym na wierzchu całkiem smaczny ;) Nie powiedziałabym, że smakuje, jak zwykły, ma raczej swój niepowtarzalny smak ;) Przynajmniej mój ;)
Nastawiłam właśnie wersję ze słonecznikiem, będzie na śniadanie ;) Wody od ogórków dałam tyle, by przykryła ziarna, a potem jeszcze dolałam troszkę.
A pomysł, żeby w sezonie zimowym użyć wody od kiszonej kapusty, jest super! :D Muszę koniecznie wypróbować :)
Hmm, trudno stwierdzić... Moja wersja była nawet taka trochę krucha, przypominająca twaróg. Innym razem miał dość zwartą konsystencję, a innym znowu razem przypominał zapieczoną pastę. W każdym razie da się kroić na plasterki i kłaść na chleb ;)