moje babeczki właśnie siedzą w piekarniku. przyprawy dałam na oko, ale najwyraźniej dobre mam oko, bo pachną super. ;) ale 20 minut się już pieką i ciągle są mokre. mąki z ciecierzycy dałam trochę więcej niż w przepisie, więc może za dużo wody do duszenia...? albo ziemniaki nie są dobrą bazą do tego.
ja mam chyba lepszy piekarnik, po 20 minutach w 200 stopniach pierwsza partia mi się conieco zwęgliła ;) (szczególnie w tym najmocniej nagrzanym kącie piekarnika ^^) ale nawet zwęglone ciasteczka są pyszne! nie bardzo słodkie i całkiem migdałowe.
spróbowałam i nie smakuje mi. nie przypomina szczególnie majonezu i o wiele za mocno smakuje olejem lnianym (a dodałam go i tak mniej niż połowę, resztę zastępując słonecznikowym). a dla moich kubków smakowych na tyle nieatrakcyjny, że nawet jako sos-nie-związany-z-majonezem się nie kwalifikował...
zrobiłam naleśniki z tego przepisu, ale bez szpinaku i z odrobinę większą ilością wody, żeby wyrównać... i wyszły sztywne jak kartoniki, nie da się ich zrolować, można co najwyżej złożyć. :D są pyszne, ale dlaczego takie sztywne?
też zainspirowana wegemiastem ;) zrobiłam niedawno podobną, ale bez cebuli. same pieczone buraki z mlekiem kokosowym - nic innego nie było potrzebne, tylko pestki i podprażone wiórki kokosowe do posypania.
genialne! ziemniaki wyszły rzeczywiście super chrupiące, dodałam do nich trochę oregano i słodkiej papryki i nic więcej nie było trzeba.
a z dwóch łyżek paćki ziemniaczanej, która została na ściankach garnka po potrząsaniu (trochę zbyt energicznie? ^^), wyszły bardzo fajne prawie-frytki. ;)
jest bardzo prostym przepisem.
bułeczek wyszło mi 15, piekłam w foremkach na muffinki, więc wyglądają całkiem uroczo. foremki utrzymały mi bułki w ryzach, bo ugniotłam trochę zbyt rzadkie ciasto i bałam się, że mi się rozpełzną po blasze. :)
ilość miodu musiałaby chyba być podana w szklankach, żeby było go czuć. :D bułki są wytrawne, śniadaniowe i pycha.
ciasto mi rośnie. :)
co do miodu - myślę, że on nie jest tu dla smaku, a jako pożywka dla drożdży, więc właściwie nie powinno być go czuć. dałam go jednak sporo więcej, za 2 godziny się dowiem, jaki będzie efekt.
zignorowałam mąkę i olej, do bulionu dolałam samą śmietanę. dodałam marchewkę pokrojoną w talarki i makaron-muszelki. zupa wyglądała pysznie (ale tylko zaraz po zrobieniu - następnego dnia koperek poszarzał i nie było już tak kolorowo) i smakowała też pysznie (nawet z szarym koperkiem ;)).
Prażenie kaszy ma sens wg wschodnik sztuk kuchennych, które zwracają uwagę na temperaturę pokarmów. Kasza jaglana sama w sobie jest chłodna, ale jak się ją upraży przed gotowaniem, to staje się ciepła i nie wychładza organizmu. (Nie znam się na tym szczególnie, przepraszam za dziwne tłuamaczenie.)
Jeśli prażenie ma jeszcze jakieś praktyczne znaczenie, to go nie znam. :)
pyszne! te dwie łyżki curry to jednak dużo za mało, wrzuciłam cztery lekko czubate i doprawiłam ostrą papryką i ciągle myślę, że mogłoby być ostrzej. ;D dla urody dania posypałam je szczyptą czarnego sezamu, ale smakowo to się niestety nijak nie komponowało.
udało się! kasza zrobiła się całkiem bez mojej pomocy, a po dorzuceniu podsmażonego pora i uprażonych pestek dyni zrobiło się pysznie (chociaż zamiast oleju lnianego użyłam słonecznikowego).
miłym zaskoczeniem było, że choć przetrzymałam tę kaszę trochę dłużej na gazie i się krzynę rozgotowała, po pozostawieniu samej sobie na parę godzin wróciła do suchszego i sypkiego stanu. nie mam pojęcia, dlaczego, ale bardzo mi się ten efekt podoba. :)
mój garnek chłodniku właśnie woła do mnie z lodówki... :) najlepsze jedzenie na tę pogodę!
zgadzam się z hipiską, zakwaszacz i cukier nie są potrzebne - zawsze gotuję botwinkę po prostu w wodzie i ma bardzo intensywny, botwinkowy kolor. i jeszcze zamiast czosnku wrzucam rzodkiewkę (obowiązkowo!). a ostatnio zastanawiam się, co by sie stało, gdyby do chłodniku dorzucić na przykład arbuza albo rabarbar...
zrobiłam dzisiaj w połowie z mąki razowej, z paroma kroplami aromatu migdałowego zamiast cukru waniliowego i nie dosypałam kakao, tylko dodałam cztery rządki pokrojonej czekolady. a dżem brzoskwiniowy i tylko jedna kopiasta łyżka, bo mi się skończył. wyszło genialne! ciasto jest ciągle ciepłe i już została tylko połowa. ^^
to ciasto jest genialne, może być podstawą do tak ogromnej ilości smaków, że głowa mała. :)))
nie miałam pod ręką gorczycy, więc zamiast niej wrzuciłam kmin rzymski, zamiast świeżej chilli dałam startą ostrą paprykę i... za bardzo mi się patelnia rozgrzała, więc ganiałam sezam po całej kuchni. :) ale wyszło przepyszne. :)
Robiłam już kilka razy, za każdym razem wrzucam inną kombinację bakalii, im więcej ich tam tym lepiej. ;) Jak za pierszym pieczeniem zaniosłam je do szkoły, to nie spróbowałam - wszystko mi wszamali na pierwszej przerwie. :)