Podczas pieczenia rozdzieliło mi się na kawałki jak wyschnięte koryto rzeki i zupełnie mi przywarło do dna. Można było jedynie skrobać. Ale te wyskrobane okruchy nawet mi smakowały.
Z tej porcji wyszło mi 14 kotlecików, ale w 2 osoby je wszystkie zjedliśmy od razu na obiad (+ziemniaki i sałatka). Były pyszne, mimo że zapomniałem w ogóle dodać soli.
Ależ byłem zdziwiony jak doskonale się kleją! Po zagnieceniu w dłoni robiło się ciasto jak plastelina.
Obtaczałem tylko w samej bułce tartej. Zrobiłem takie małe na jeden raz. Faktycznie nie było łatwo, bo dosyć się rozwalały. Aby tego uniknąć, dodałem 2 łyżki mąki ziemniaczanej. Trzeba też smażyć na bardzo gorącej patelni, żeby skórka zdążyła zbrązowieć zanim się rozlecą. Chłoną dużo oleju, zeszło dużo papierowych ręczników, żeby je osączyć.
Jakoś niespecjalnie mi smakuje ten pasztet. Może dlatego, że nie przepadam za pieczarkami. Ciekawe, że po wyjęciu z piekarnika był jeszcze półpłynny, zastygł dopiero po ostygnięciu.